Nie planowałem tego. Naprawdę. Był zwykły wtorek, może środa, nie pamiętam już dokładnie, bo w tamtym okresie dni zlewały mi się w jedną szarą masę. Praca, dom, praca, dom, a pomiędzy tym wszystkim to dziwne uczucie, że jestem gdzieś obok własnego życia, patrzę na nie przez szybę i nie potrafię do niego wejść. Szef znowu wrzeszczał o jakimś raporcie, którego nie zdążyłem zrobić, bo przecież miałem trzy inne rzeczy na głowie, a klient i tak by się przyczepił, choćbym stanął na rzęsach. Wróciłem do mieszkania, rzuciłem kurtkę na krzesło, otworzyłem laptopa i zamiast odpowiedzieć na maila, który mnie palił od rana, wpisałem w wyszukiwarkę coś, co usłyszałem wcześniej w radio — vavada rejestracja. Nie wiem, czemu akurat to. Może dlatego, że reklama leciała akurat w momencie, kiedy myślałem o tym, żeby przez chwilę po prostu przestać myśleć.
Zarejestrowałem się w pięć minut. Nick, hasło, jakiś mail, którego i tak nie sprawdzam. I wtedy poczułem coś dziwnego — taką głupią, dziecinną ekscytację, jakbym otwierał paczkę, o której zapomniałem, że ją zamawiałem. Wpłaciłem sto złotych. Sto złotych to nie majątek, ale w tamtym momencie to była moja granica rozsądku. I wiecie co? Pierwsze pół godziny było katastrofą. Totalną. Slot, który wybrałem, bo miał ładną grafikę, zjadał moje sto złotych jak dziecko cukierki — po dziesięciu minutach zostało mi osiemnaście. Siedziałem i patrzyłem w ten ekran, czując się jak ostatni idiota. Pomyślałem: no brawo, stary, nawet w ucieczce od rzeczywistości jesteś do niczego.
Ale wtedy coś się zmieniło. Nie, nie chodzi o to, że nagle wygrałem milion. Chodzi o to, że przestałem się spieszyć. Zamiast klikać jak opętany, żeby odbić stratę — a znam siebie, normalnie bym tak zrobił, bo w pracy też wszystko robię na wczoraj — po prostu zwolniłem. Otworzyłem inny stół, taki z kartami, gdzie nie trzeba się nigdzie spieszyć. I tam, powoli, grając na małych stawkach, zacząłem odzyskiwać. Najpierw pięć złotych, potem dziesięć, potem jakieś głupie dwadzieścia. Śmiałem się sam do siebie, bo to przecież żadne pieniądze. Ale chodziło o coś innego. O to uczucie, że mam kontrolę. Że decyzja, którą podejmuję, jest moja i tylko moja — nikt mi nie mówi, co mam zrobić, nikt nie stoi nade mną z deadline'em.
I wtedy, po jakiejś godzinie, trafiłem na coś, co totalnie mnie rozbroiło. Grałem w jakąś odmianę ruletki, nie pytajcie nawet, jaką, bo do dziś nie wiem, jak to się nazywało. Postawiłem na czerwone, bo zawsze stawiam na czerwone, i wygrałem. Potem znowu. I znowu. Trzy razy pod rząd. Miałem już na koncie coś koło dwustu pięćdziesięciu złotych i wtedy pomyślałem: dobra, wystarczy. Wypłacam. I wypłaciłem. Bez bólu, bez żalu, bez tego głupiego uczucia, że mogłem więcej. Po prostu wypłaciłem i zamknąłem laptopa.
Wieczorem zadzwoniła siostra. Pyta, co u mnie, bo dawno nie dzwoniłem. I ja, normalnie bym powiedział „wszystko w porządku, dużo pracy", ale tym razem powiedziałem jej prawdę — że od tygodni czuję się jak w pułapce, że nie sypiam, że mam dosyć. Gadaliśmy dwie godziny. I wiecie, co było najśmieszniejsze? Te dwieście pięćdziesiąt złotych, które wygrałem, wydałem następnego dnia na kawę i ciasto dla nas obu. Siedzieliśmy w tej małej kawiarni na rogu, śmialiśmy się z głupich rzeczy, a ja po raz pierwszy od dawna nie myślałem o pracy.
Nie mówię, że hazard to terapia. Nie jest. Ale tamten wieczór nauczył mnie czegoś, czego nie potrafiły mi wytłumaczyć żadne mądre książki — że czasem trzeba się zatrzymać i zrobić coś kompletnie bezsensownego, żeby zrozumieć, co jest sensowne.
vavada rejestracja była wtedy moim przypadkowym kliknięciem w środku złego dnia. Nie żałuję go. Bo choć zacząłem od porażki — tych osiemnastu złotych na koncie, które bolały bardziej niż powinny — skończyłem z czymś, czego naprawdę potrzebowałem. Z odrobiną spokoju. I z ciastem z siostrą. A to, jak się okazuje, jest warte więcej niż jakikolwiek jackpot.